RSS
 

oni nigdy nie zostają na zawsze

06 wrz

Po raz pierwszy będę pisać jako teraźniejsza osoba.
Dlaczego?
Nadchodzi jesień a wraz z nią spadają liście niczym nasze nadzieję i plany. Musieliśmy od siebie odejść, choć tak dobrze było. Co mam powiedzieć? Ze żałuję tych chwil godzin dni miesięcy lat?
Na płaczę. Nie uronilam ani jednej łzy. Jestem silna to mi po nim pozostało, tego mnie nauczył.
Nie mam pretensji żalu gniewu nienawiści, to coś o wiele gorszego OBOJETNOSC.
Kto zawinił? Kto odszedł pierwszy?
Nie umiem odpowiedzieć, nie teraz. Musiałam znów uciec wyjechać daleko od naszych wspomnień. Hektrolitry alkoholu by zagłuszyć żal i samotność.
Co teraz?
Boję się księży. Mogę z nimi rozmawiać ale nie pozwalam się przytulać nawet do ks-przyjaciela.
Miałaś rację: ONI NIGDY NIE ZOSTAJA NA ZAWSZE.

 
1 komentarz

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Otchłań

27 sie

Mogłabyś mieć normalną rodzinę, męża i dzieci, które przynosiłyby ci tyle szczęścia! Nie musiałabyś się ukrywać, ale dumnie kroczyła po sopockim molo demonstrując swoją miłość całemu światu, mogłabyś jeść obiady u mamusi wraz z nim i gromadką biegających dzieci po pokoju.

Ile razy to słyszałam? Jak często te słowa raniły serce – nie swym idealnym światem, ale poczuciem niezrozumienia. Pamiętam nasze wspólnie spędzone wakacje, podróże do nieznanych miejsc, szukanie szczęścia w lipcowe wieczory. To wystarczyło, gdzieś na odludziu my, taras, herbata i papieros, bez stresu, że ktoś nas rozpozna czy zadzwoni telefon, że mamy wracać. Wtedy nie było słów, zachwycaliśmy się błogą ciszą, która nas zespalała. Myśli krążyły wokół trywialnych spraw.

Jest ciężko, ale takie momenty pomagają na nowo uwierzyć, że mimo wielu przekleństw tego świata możemy cieszyć się sobą. Tylko kiedy przychodzą takie chwile, wieczory, on wyjeżdża i zostaje sama tak bardzo mi źle i ciężko. Przypominam sobie zaraz te wszystkie rady, spowiedzi, „życzliwi” ludzie. Mam ochotę wskoczyć w otchłań i zniknąć. Ukojeniem jest dźwięk smsa – od niego, przed zamknięciem powiek „Pamiętaj, tak bardzo cię kocham”. Jest jak aloes wylany na spierzchniętą skórę, balsam dla duszy.

Nie warto jednak ulegać takim gestom, bo choć miłe to rozrzewnianie się nad chwilami, wspominanie prowadzi do tęsknoty. Straszne uczucie.

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

wojenne ścieżki

09 kwi

„Sielanka” wciąż trwała. Owszem były kłopoty, problemy, różnice zdań odnośnie liturgiki, kazań, wystroju kościoła, a także sposobu patrzenia na pewne zachowania, podróże, ale wszystko były oblewane mlekiem miłości, wzajemnego zrozumienia, kompromisu. Nie było to proste zwłaszcza kiedy dostaliśmy wiadomość, że szef typuje na zmiany. Bałam się, choć z drugiej strony miałam w sercu nadzieję, że zmieni się tylko na lepsze. Niestety. Pamiętam jak milczał. Jak smutne były jego tęczówki, gdy wręczał mi pismo. Wydelegowali go na misje – wojna, strzały, krew i wizja śmierci w każdej sekundzie życia. Zawsze mnie uspokajał. Miał wyjechać na kwartał.

Samotne święta, nasze urodziny. Lęk, strach, obawa. Te trzy przyjaciółki weszły do mojego życia. Choć codziennie się kontaktowaliśmy przez Internet, to była już inna relacja. Nowy etap naszego związku. Pamiętam moment kiedy po raz pierwszy zobaczyłam go po takiej długiej nieobecności. Był zdystansowany, bałam się go. Nie wpadliśmy sobie w ramiona. To było coś w rodzaju spojrzenia, które mówi za dużo. Modliłam się, by nie musiał tam wracać. Czy modlitwa nie została wysłuchana? Nie! Bóg zawsze wysłuchuje nawet tych potępionych przez wszystkich. Do dziś zastanawiam się dlaczego musiał tam wracać. Wielu jego kolegów mówiło: niech się zbuntuje, nie musi wyrażać zgody. Niestety, posłuszeństwo było ponad wszystko. Nie chcieliśmy sobie grabić, myśleliśmy o dalszej naszej egzystencji razem. Nawet jak był w Polsce musiał się stawiać co jakiś czas u szefa. Spotykaliśmy się rzadziej ze względu na obowiązki zarówno jego jak i moje. Tęskniliśmy, ale świadomość tego że jesteśmy dziesiątki km od siebie a nie tysiące pomagała przetrwać.

Przypomina mi się noc w której nie było ani sekundy snu. Patrzyłam na niego po upojnym seksie jakbym chciała zapamiętać każdy cm jego ciała. Widziałam, że dla niego jest to równie ciężkie. Odległość powodowała, że wkradła się zazdrość. Miałam wiele propozycji by się skusić na echa przeszłości. Coś jednak trzymało mnie przy nim.

Oprócz codziennego podejmowania  decyzji czy chcę nadal w tym tkwić, pojawiła się wieczorna czy my to przetrwamy.

 
Komentarze (3)

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

my sweet november

30 gru

Miodowy miesiąc kojarzy się zazwyczaj z podróżą poślubną, słonecznym czasem. U nas było zimowo. Przyjechał do mnie i żyliśmy razem, jakby nagle zapomniał o nas świat. Było cudownie przeżywać noce i poranki patrząc na jego kocie oczy, jeść posiłki, tańczyć, oglądać filmy, bawić się, pić wino, kochać się. Choć to niedorzeczne każdego dnia dziękowałam Bogu za to, że mogłam z nim być. Na naszym końcu świata, gdzie nikt nas nie znał, czuliśmy się swobodnie trzymając za rękę na ulicy, chodząc po sklepach, całując się w parku. Poszliśmy także do kościoła. To uczucie, kiedy on zamiast przy ołtarzu siedzi obok ciebie po drugiej jego stronie. Nigdy czegoś takiego nie czułam. To nie było nic czego się bałam, nie myślałam o tym, że go zabieram, lecz na myśl przychodziło mi tylko jedno: Proś o błogosławieństwo dla was. To trudne przeżycie. Jedne z trudniejszych, które doświadczyłam. Bałam się, że ktoś mnie nagle odwiedzi, że przeszłość „wejdzie buciorami w moje piękne życie”. Nic złego się nie wydarzyło. Nikt nas nie rozpoznał, byliśmy dla siebie. Im dłużej trzymałam jego dłoń wplecioną w moją tym bardziej go kochałam. Był dla mnie mężczyzną, który dawał mi poczucie bezpieczeństwa. Moją przystanią, źródłem z którego czerpie energię. A najdziwniejsze było to, że im bardziej chciałam dla niego lepiej tym bardziej on mnie uszczęśliwiał. Te moje pierwsze razy z nim. Wiedziałam, że to nie jest mężczyzna na chwilę.
Najgorsze było rozstanie na kolejne tygodnie. Moje serce poczuło fizyczny, przenikający, palący i ostry ból, którego balsamem łagodzącym były jego wyszeptane słowa: KOCHAM CIĘ.
Trudno jest kochać kogoś potajemnie. To fascynujące, ciekawe, ale przepełnione ciągłym podejmowaniem decyzji. Najgorzej jest kiedy jestem sama. Wstaje rano i myślę. To nie prawda, że miłość to tylko kraina mlekiem i miodem płynąca. Miłość kapłana i kobiety jest wypełniona cierniami, ciągłymi wyrzeczeniami. Wymówkami, kłamstwem. Zadośćuczynieniem, które tak trudno zrozumieć. Prośbą o wybaczenie, usprawiedliwienie. Tylko czy można karać za to że się kocha?

 
Komentarze (2)

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

rozmowa na werandzie

29 wrz

Studia wybrałam daleko od domu, bo na drugim końcu Polski. Każdy dzień wyczekiwałam na niego. Na telefon, smsa o treści”kochanie, jestem pod blokiem”. Na próżno nie przyjechał. W tym wszystkim nie byłam sama pojawił się kolejny ksiądz, który wiedział o mnie i o X. Pomagał mi być szczęśliwą, podsuwał pomysły co zrobić, by przetrwało to co przecież było piękne, choć grzeszne. Nieświadomie bardzo zbliżyliśmy się do siebie. Okazało się, że jestem odbiciem jego przeżyć z dawnych lat. Każdy wieczór na studiach zamiast iść do knajpy spędzałam na rozmowach internetowych z nim. Nadszedł moment w którym stwierdziliśmy, że wyjedziemy gdzieś razem. Nadeszły wakacje i pojechaliśmy. Na początku było grzecznie i miło, ale pod wieczór emocje i alkohol wziął górę. To była piękna noc, która pokazała nam, że wcale nie potrzebujemy innych ludzi do szczęścia. Wyjeżdżaliśmy tak przez całe wakacje, marząc o tym, by to się nie zakończyło. W tle przeszłość nie dała się zapominać, ale razem zwyciężaliśmy wszelkie przeciwności. Po raz pierwszy poczułam, że nie jestem tylko maskotką, ale kimś ważnym. Przedstawił mnie swojemu kuzynowi jako swoją kobietę życia. Spędziliśmy u niego 3 dni.
Pewnej nocy wyszłam na werandę pomyśleć i przy okazji znaleźć mojego mężczyznę, który drinkował ze swoim kuzynem. Pamiętam, że usłyszałam ich głos i podążałam za nim. Rozmawiali o mnie. Byli pijani na tyle, by nie móc usłyszeć moich kroków.
„- Ty na poważnie cię wzięło?
- Nie czułem czegoś takiego.
- Słuchaj, ale nie masz ochoty popukać innych, przecież mogę ci załtwić jakąś inną dupę.
- Nie potrzebuję innej. To nie jest zwykła dupa do stukania. Ja się w niej zakochałem.
- Poj*** cię równo.
- Możliwe.

Po tej rozmowie wiedziałam, że choć dzieli nas różnica wieku, podejścia do życia i wiele innych spraw mogę mu zaufać. Powoli się w nim zakochiwałam, przyszedł kolejny rok studiów, a on towarzyszył mi codziennie. Chciałam wolnego układu, bez uczuć, zbędnych emocji. Jestem młoda, mogę szaleć, nie chcę się wiązać. Spotykałam się z różnymi chłopakami świeckimi i nie tylko, ale kończyło się zazwyczaj na kawie. Wiem, co myślicie – byłam uprzedzona. Nie wiem, możliwe. On szedł na wszystko o co go prosiłam, choć potrafił mnie często przystawić do pionu, był urzeczywistnieniem moich pragnień. A seks? Był tak cudowny, że nie potrzebowałam żadnych innych cielesnych uciech.

 
Komentarze (3)

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

szalona matura

25 sie

Spotykaliśmy się 3 razy w tygodniu, mimo że byłam tuż przed maturą, pierwsze pocałunki, romantyczne spacery, opowieści o naszej przeszłości. Denerwowało go to, że byłam tak blisko duchowieństwa. Nasz pierwszy raz, było cudownie, choć wiedziałam, że coś złamałam. Coś skończyło się, nie pamiętam co dokładnie wtedy czułam, ale po wszystkim oboje zaczęliśmy płakać, mimo że byliśmy spełnieni. Wiedzieliśmy, że poszliśmy za daleko. Później spotkania na plebani. Nadeszły święcenia byłych miłości pojechałam i zobaczyłam jego, zabrał mnie po wszystkim do siebie. Spędziliśmy kolejną noc razem. Ona była przepełniona enigmatyczną mocą, blaskiem księżyca oświetlającym nasze nagie ciała na poddaszu, nie płakaliśmy. Smutek wkradł się jedynie w momencie rozstania. Powiedział mi wtedy, że złamał umowę i zakochał się we mnie. Nie chciałam tego, wiedziałam, że nie oznacza to nic dobrego. Kochaliśmy się całe wakacje. Wyjazdy do hoteli, nad jezioro. Miałam cudowne alibi, rodzice byli dumni, że zdałam świetnie maturę, dostałam się na wymarzone studia. To był mój szalony rok! W tym wszystkim pamiętałam o Bogu. On jest zawsze dla mnie najważniejszy i choć upadam, mam słabości nie chcę by było inaczej. Chodziłam na pielgrzymki, wyjazdy oazowe, rekolekcje z Bogiem. Dziękowałam mu za każdy dzień, każdą minutę spędzoną z nim. Niestety, coraz więcej było podejrzliwych spojrzeń ze strony innych, gdy on się uśmiechał do mnie przychodzili inni księża odciągając mnie od niego. Donosili moim rodzicom, że coś jest nie tak, żeby na mnie uważali. Oni na szczęście mieli do mnie 100% zaufanie. Nadszedł październik – wyjazd na studia. Kiedy wsiadłam w pociąg wysiadłam kilka stacji później by móc jeszcze ostatnią noc spędzić z nim. Powiedział, że wyjeżdżam i będzie nam trudniej. Nie chciałam w to uwierzyć, bo choć dzieliły nas dziesiątki kilometrów potrafiliśmy się spotykać bardzo często. Niestety, teraz dzieliło nas pół Polski. Na początku dzwonił, rozmawialiśmy godzinami, kiedy wracałam spotykaliśmy się na noc. Nadeszły święta, sylwester a później sesja i zaczęło się psuć. Trzeba było odciąć się od zbędnych uczuć i próbować żyć dalej. Później powroty, rozstania i znów powroty. Wyrzuty sumienia nie dawały spać. Nerwica, która narastała z każdym dniem i uczucie tęsknoty za dawnym szczęściem. Bóg dał – Bóg zabrał. To, co się wtedy czuje jest nieporównywalne do żadnej innej siły. Przepłakane noce, poranki bez niego. Trudne rozmowy, nieuniknione spotkania. Było ciężko. Sesje udało się pozaliczać, ale radość pełna nie była, bo zabrakło kogoś z kim można ją dzielić.

 
1 komentarz

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

On – pierwsze

07 lip

Zabierałam się za opisanie tego wątku już od początku. Tak jak napisałam zaczęło się niewinnie zwykłym spotkaniem na kawę już wtedy było inaczej. Byłam po rekolekcjach, chciałam zacząć wszystko od nowa, oddać się pracy. Wszystko się rozsypało. Byliśmy w czwórkę: ja, 2 znajome moje i on. Kiedy zobaczył mnie w glanach natychmiast skwitował: dziewczynki nie mogą nosić takich butów i przytulił mocno dotykając delikatnie moich piersi. Piliśmy kawę i rozmawialiśmy jak dobrzy znajomi. Od dawna się tak nie śmiałam. On ukradkiem pod stolikiem dotykał mnie. Nie reagowałam, choć w dole brzucha poczułam ucisk. Później poszliśmy na zakupy. Robił wszystko byśmy zostali sami, kiedy udało mu się zrealizować cel przycisnął mnie mocno do siebie i powiedział, żebym się nie bała. Poczułam, że cały drży z podniecenia. Bałam się, bo chociaż nie był w koloratce to w każdej chwili mógł go rozpoznać parafianin.
Później odwiózł nas do domu, trzymając za rękę i patrząc z tak ogromnym pożądaniem. Nie doszło do niczego z czego musiałabym się spowiadać, a jednak moje serce i świat wywróciło się do góry nogami. Z jednej strony zawsze miałam awersje do kobiet, które spotykały się z księżmi sam na sam, ale druga strona to właśnie moja teraźniejszość.
Minęły 2 dni płodne w romantyczne sms z jego strony. Wiele ryzykował tak naprawdę nie znając mnie. Okazało się, że obserwował mnie już od kilku lat. Umówiliśmy się na wieczorną rozmowę sam na sam. Przyjechał po mnie, nie mówiłam nikomu gdzie idę, ryzykowałam. Czułam strach, lęk, radość i smutek, bo wiedziałam, że to może być niemiła rozmowa. Myliłam się. Już na początku, kiedy zobaczyłam rozmiłowane oczy, serce zaczęło rytmicznie tłoczyć krew. Spędziliśmy 6 godzin śmiejąc się, jedząc smakowite desery, przemierzając setki kroków w poszukiwaniu szczęścia. Wciąż powtarzał, że nie możemy być razem, że on się szybko angażuje. Nie rozumiałam wtedy co miał na myśli, byłam jego „małą dziewczynką”. Zatrzymał się na parkingu za miastem. Bałam się byliśmy w jego samochodzie, a on najpierw delikatnie musnął moje usta, później dodał: „to się źle skończy” po czym zaczęliśmy się całować, długo i namiętnie.
Nie wiem, czemu to zrobiłam. Może pociągał mnie fizycznie, bo jest bardzo przystojny, może z tęsknoty, może na złość. Fakt, że nigdy nie widziałam go w koloratce nie dopuszczał myśli, że robię coś złego. Kiedy odwoził mnie do domu mówił, że ma wyrzuty sumienia, że musimy iść do spowiedzi. Zobaczywszy mój smutek na twarzy szybko próbował mnie rozweselić. Wróciłam do domu. Moja głowa i dusza były już inne. Szczęśliwe, choć czy to nie złudne szczęście?

 
Komentarze (3)

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

zakonne rozterki

30 cze

                  Dziękuję Wam wszystkim za listy internetowe, które napływają do mnie codziennie. Zakładając bloga, nie wiedziałam, ze ta sprawa dotyka tak wielu ludzi. Miło mi, że mimo ostrych słów krytyki mogę porozmawiać z młodymi dziewczynami, dojrzałymi kobietami, samymi klerykami czy księżmi. Nie zamierzam nikogo potępiać ani oceniać, nie moja to rola. Chcę pomagać opowiadając swoją historię.

                     Tak jak opisywałam w poprzednich notkach życie wraz z duchowieństwem nie było mi obce. Po rozstaniu z Pierwszą Miłością przyszedł czas rozterek, odreagowania, zabaw. Nie było by w tym nic dziwnego, gdyby nie fakt, że podczas tych imprez nie mogłam nikogo znaleźć. Znajomi próbowali mnie nakręcać na różnych świeckich chłopaków, robili nawet podchody, randki w ciemno. Najpierw mnie to denerwowało, jednak później i ja chciałam kogoś poznać, by móc normalnie wyjść z kimś do kina, na basen, do teatru, na spacer. Niestety, nikt nie był mną zainteresowany. Popadłam w depresję, że to na pewno przez mój wygląd, charakter. Nadszedł dzień studniówki, na który poszłam ze znajomym znajomych. Ta noc, dla większości magiczna wyjaśniła mi wiele. Mój partner okazał się byłym klerykiem, który porzucił seminarium na 4 roku dla dziewczyny, z którą teraz się rozstał. Po kilku głębszych kolejkach mocniejszych trunków opowiedział mi o kilku chłopakach, którzy chcieli mnie poderwać, jednak każdy z nich widział, że nie jestem panną „na raz”, więc szybko rezygnowali.
Później pojawił się pewien mężczyzna, który bardzo starał się o to byśmy się spotkali, lecz ja zwlekałam z tym. Poszliśmy kilka razy na spacer, spędzaliśmy ze sobą czas podczas wyjazdu na wschód. Był miły, opiekuńczy, ale nie nachalny. Miał w sobie skrywaną tajemnicę. Nigdy nie mówiliśmy o sobie jako o parze, nie wybiegaliśmy planami w przyszłość. Nigdy mnie nawet nie pocałował, co wzbudzało moje podejrzenia. Kiedyś głupio zażartowałam, że chciałabym żeby zabrał mnie na kilka dni na mazury. On zasmucił się bardzo i od tego czasu się wiele popsuło. Nie spotykaliśmy się kilka tygodni. Kiedy poprosiłam o wyjaśnienie powiedział tylko że to był dla niego wspaniały czas, ale on pragnie wstąpić do klasztoru i nie chce mnie ranić, bo wie, że zasługuje na kogoś lepszego. Przytulił mnie i odszedł, a wraz z nim moje nadzieje na to, że jeszcze kiedyś poznam kogoś, kto nie odejdzie do Pana.

Zbliżała się matura, a wraz z nią obawy. Pojechałam na rekolekcje, by rozeznać powołanie i przypadkiem podczas wyjścia za mury klasztorne spotkałam znajomego księdza, który przedstawił mnie swojemu znajomemu księdzu. Mieliśmy iść razem na kawę, jednak czas gonił, więc wymieniliśmy się numerami telefonu z nieznajomym i obiecałam, że odezwę się po rekolekcjach.

Do dziś zastanawiam się co by było, gdybym go nie poznała wtedy..
Cdn.

 
1 komentarz

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Jego koledzy

06 maj

Nadszedł czas na kolejną notkę. Jak ja nienawidzę PKP! Musiałam wtrącić tę myśl, gdyż piszę do Was z wagonu dla zwierzyńca. Pan Bóg nigdy nie zostawia nas sam. Kiedy kogoś zabiera, daje innego w zamian. Tak i było w moim przypadku. Z racji tego, że mój chłopak był w seminarium, a tak jak powiedziałam wcześniej – wieść rozniosła się po całej okolicy miałam ułatwiony dostęp do kleru. Niekiedy spotykałam jego kolegów z roku, innym razem diakonów. Każdy z nich wiedział kim jestem. Rozmawiali, podziwiali. Tak, schlebiało mi to. Wyjeżdżałam na różne religijne wyjazdy, opowiadałam o naszej miłości, powtarzając że musimy się za siebie modlić. To było czyste. Zaprzyjaźniłam się z kilkoma diakonami, a szczególnie z jednym. Nasza znajomość niestety nie poprzestawała na zwykłych spotkaniach. Najpierw spacery, rozmowy o Bogu, życiu, miłości, później niewinne spojrzenia, przypadkowy dotyk, muśnięcie warg i namiętne pocałunki, pieszczoty. Nie doszło jednak do współżycia. Tuż przed święceniami diakonatu, postanowiliśmy to jednak skończyć i do tej pory utrzymujemy „czysty” kontakt. Kolejnym była niewinna przygoda z klerykiem z jego roku, który jak się później okazało założył się z kimś, że się ze mną prześpi. Nie udało mu się, choć było blisko. Któregoś dnia pewien kleryk stwierdził, że ze mną jest coś nie tak, gdyż przyciągam jak magnez kleryków/diakonów oni inaczej patrzą na mnie i ja na nich, ale to nie jest spojrzenie kobiety/dziewczyny, która „lata za sukienkami” to coś w oczach. Jak za pewne się domyślacie, byłam wniebowzięta, taki komplement. Jednak zapomniałam o tym, że może to mieć poważne skutki w późniejszym życiu.. Otoczka, którą miałam powodowała, że normalna egzystencja była obca. Chodziłam na imprezy, jednak żaden świecki mężczyzna nie chciał mnie nawet zaprosić na randkę. To było przykre uczucie. To tak jakbym uległa jakiemuś wypadkowi, miała nagle poparzoną skórę, miała 100 kg nadwagi, albo Bóg wie co jeszcze. Nie zmieniłam się zewnętrznie, a w środku? Od razu potrafiłam rozpoznać kleryka/ks po świecku ubranego, po prostu inaczej na mnie patrzył. Nie wydziwiam, choć od jego odejścia minęło kilka lat. Później pojawił się ksiądz. Jeden z jego przełożonych. Tu zaczyna się kolejna historia, którą opiszę w kolejnej notce.
Pozdrawiam tych, którzy potrafią powiedzieć zdecydowane NIE pokusie.
Tak wiem, często upadam, ale chcę się podnosić i walczyć z pomocą Najwyższego.
Lena

 
Komentarze (6)

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Wspaniali

14 kwi

Całe moje dzieciństwo kręciło się wokół kler-stanu. Jak już wspomniałam w poprzedniej notce, wiele nie zależało ode mnie. Później dorastałam wśród niesamowitych ludzi, poznałam wiele ważnych przedstawicieli kościoła. Kiedy zaczęły się romanse? Myślę, że dużym impulsem była moja pierwsza miłość i właściwie jedyna, bo prawdziwą miłość można przeżyć tylko raz w życiu. Poznaliśmy się w kościele, mieliśmy wspólnych przyjaciół, z którymi podbijaliśmy świat, wymyślaliśmy nowe ideologię polityczne, nowy lepszy świat, podróżowaliśmy z całą ekipą po Polsce, żyliśmy blisko Boga. Zawsze jednak był w tle aspekt kościelny. Całe liceum spędziliśmy na wspólnych imprezach, wyjazdach. Tak się złożyło, że wśród nich tylko ja byłam rok młodsza. Byliśmy tak bardzo szczęśliwi. To był czas pierwszych pocałunków, wspólnych nocnych spacerów i pierwszego razu. Pamiętam jak dziś. Rodzice wyjechali nad morze, mieliśmy wolny dom, zrobiliśmy imprezę po której zostaliśmy sami. Trochę alkoholu, świeczki, pełnia księżyca (do dziś mam wspomnienia związane z pełnią). Baliśmy się. Miałam zaledwie 16 lat, ale miałam wrażenie, że Bóg uśmiecha się z nieba. Dał mi tak wielki dar przeżycia tak cudownego uczucia, za który będę mu wdzięczna zawsze. To nie do opisania, jak można być szczęśliwym kochając i być kochanym. Nie brakowało chwil smutnych, ale je przezwyciężaliśmy wielką miłością. Mogliśmy na siebie liczyć. Można by rzec, idealna para. Może właśnie ten idealizm nas zabijał? Cóż Bóg zawsze dopomina się o swoje. Nadszedł jego czas matury i wybór drogi. Musiał odejść. Musiałam pozwolić mu odejść. Pamiętam jak bardzo płakaliśmy. Wiedzieliśmy, że życie bez siebie będzie zupełnie inne, że pozostanie tęsknota, brak, pustka.

Modliliśmy się, żeby Bóg wypełnił to uczucie pustki, osamotnienia. Rozmowy z ojcami duchownymi. Nasi przyjaciele nie rozumieli co się dzieję. Coś pękło. Wieść rozniosła się po całej parafii, a że udzielaliśmy się zawsze w kościele to nie odbiło się to bez echa. Dostałam tysiące „pocieszających” słów, kondolencji tak jakby on umarł. Nienawidziłam powtarzającego: ,,będzie dobrze”. W gruncie rzeczy wiedziałam, że będzie musiał odejść. Czułam będąc z nim, że „pożyczyłam go od Boga”. Wydaje się to absurdem, ale tak właśnie było. To nie jest tak jak z rozstaniem z chłopakiem, który cię zdradził, zapomniał o rocznicy, upił się czy oszukał. To innego rodzaju strata. W mojej rodzinie historia zatoczyła koło. Tak samo było z ciocią- obecną zakonnicą. To co wtedy się czuję, jest nieopisanym bólem i męką, a jednocześnie darem, który tak trudno zrozumieć.

Dziękuję za wszystkie e-maile, komentarze i czas poświęcony na czytanie mojej historii życia. Choć to dopiero początek. Cóż życie pisze nam najlepsze scenariusze, a Bóg-reżyser dla każdego ma swoją odrębną rolę.

Pozdrawiam

Lena

 
1 komentarz

Napisane w kategorii Bez kategorii